Gdy w niedalekiej przyszłości Ryland Grace (w tej roli świetny Ryan Gosling), doktor biologii i nauczyciel fizyki, zbudził się ze śpiączki, nie pamiętał, kim jest, skąd się wziął w statku kosmicznym pędzącym w stronę układu Tau Ceti i dlaczego pozostali członkowie załogi nie żyją. Okazało się, że mieli ratować Słońce i ludzkość, i to nie przed np. kosmitami, a nawet, rzec można – przeciwnie. Prawdziwym zagrożeniem były astrofagi, jednokomórkowce pochłaniające energię słoneczną, które przez to oziębiają klimat na Ziemi. Gdy okazało się, że jednokomórkowce zagrażają także innym gwiazdom i planetom, główny bohater zyskał sojusznika w kamieniopodobnym obcym z kosmosu. Nie musiał ratować świata w pojedynkę.
Film z zainteresowaniem mogą obejrzeć nawet ci, którzy nie cenią gatunku sci-fi i dla których 2,5 godziny w kinie to przesada. Tak było też z głośnym i uznanym Marsjaninem Ridleya Scotta, będącym tak jak Projekt... adaptacją powieści Andy’ego Weira, ze scenariuszem Drewa Goddarda. Porównania obu filmów nie da się uniknąć, tym bardziej że to sukces ekranizacji Marsjanina walnie przyczynił się do tego, iż filmowcy sięgnęli po kolejną książkę Weira. Tu także samotny bohater musi przetrwać w przestrzeni kosmicznej dzięki swej pomysłowości. Ale są też różnice: w Projekcie... mniej ważna niż w Marsjaninie jest nauka, liczą się natomiast emocje. Wszak gra idzie o wielką stawkę. /w.d.
Pomóż w rozwoju naszego portalu



