Przez cały okres posługi prymasowskiej kard. Wyszyński pozostawał bezpośrednim, wrażliwym i skracającym dystans człowiekiem. Takim właśnie zapisał się w pamięci osób, z którymi najczęściej się spotykał.
Dzieci lgnęły do niego
– Kiedyś na Mszy św. w kaplicy na Miodowej był obecny Amerykanin, który kończył pracę w ambasadzie. Poprosił prymasa, aby przed wyjazdem mógł przyjść z żoną, która chciała być bierzmowana przez Ojca. Przyszli ze swoimi dwiema córeczkami. Po Liturgii prymas wziął na ręce młodszą, 3-letnią, a ona zaraz zdjęła mu piuskę z głowy i założyła ją sobie na główkę. Ojciec był bardzo bezpośredni i zwyczajnie ludzki – wspomina Krystyna Szajer, która od 1960 r. pracowała przy przepisywaniu nagrań kazań prymasa w jego sekretariacie na Miodowej.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Dzieci w ogóle nie bały się prymasa i miały śmiały przystęp do niego. W czasie jednej z prymasowskich celebracji liturgicznych do siedzącego na tronie kard. Wyszyńskiego podszedł mały chłopczyk i powiedział: „Ty mi się podobasz”, na co prymas odpowiedział: „A ty mnie też”. Wtedy chłopiec śmiało poprosił: „Daj obrazek”. Otrzymał obrazek z Matką Bożą, ale na tym nie zakończył negocjacji. Po chwili wrócił i powiedział: „Daj drugi dla mojej siostry” – i dopiero gdy dostał to, co chciał, wrócił do rodziców.
Reklama
O wielkim szacunku prymasa do każdego człowieka świadczy również historia, która na trwałe zapisała się w pamięci Urszuli Grzelak, członkini Instytutu Prymasa Wyszyńskiego. – Pewnego dnia do Choszczówki przyszła grupa przedszkolaków z wychowawczynią, aby móc spotkać się z Ojcem. W tym czasie w kaplicy kurpiowskiej sprawowana była jednak Msza św. i odbywało się spotkanie z kapłanami. Wszystko się przedłużało. Nie wiedziałam, jak się zachować. Nie chciałam przeszkadzać w Liturgii i ważnym spotkaniu, a z drugiej strony dzieci też były ważne. Poprosiłam więc, aby poczekały, aż prymas skończy. Czekały i czekały, ale po dłuższym czasie musiały już wracać – opowiada p. Urszula. Gdy później powiedziała prymasowi o tej sytuacji, ten bardzo się zmartwił i odrzekł: „Bardzo źle zrobiłaś. Pamiętaj na przyszłość: «Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie»”. – Ojciec tłumaczył mi, że nigdy nie wiadomo, jakie łaski Bóg przygotował dla tych dzieci w związku ze spotkaniem z prymasem: „Wiesz, nie wiadomo, czy to spotkanie nie zaważyłoby na ich dalszych losach w życiu”. Byłam tak oszołomiona, było mi bardzo przykro. Przepraszałam, a potem się za te dzieci modliłam, żeby tylko nie było nic złego w ich życiu, żeby wyrosły na porządnych, dobrych ludzi, żeby im Bóg błogosławił – wspomina p. Urszula i dodaje: – Prymas powiedział mi jeszcze: „Pamiętaj, nawet gdyby była Msza św., to masz wprowadzić dzieci do kaplicy”. To była hierarchia wartości u prymasa.
Potrafił pomóc
Troska o człowieka dotyczyła nie tylko najmłodszych. Prymas, na ile mógł, starał się zaradzić zmartwieniom, trudnościom czy smutkom. – Po katastrofie samolotu Ił-62 „Mikołaj Kopernik”, który rozbił się 14 marca 1980 r. na terenie Fortu VI (Okęcie), niedaleko warszawskiego lotniska (wtedy tragicznie zginęła Anna Jantar), prymas natychmiast udał się do archikatedry i skierował do rodzin ofiar przepiękne słowo – podkreśla p. Krystyna.
Kardynał Wyszyński był bardzo otwarty na drugiego człowieka, przejawiał troskę o każdego, dostrzegał potrzeby innych, nawet mocno ukryte zmartwienia i smutki. – Dyskretnie wtedy pomógł i pocieszył. Każde spotkanie, każda rozmowa z nim były wzniesieniem człowieka ku Bogu, dawały pokój w sercu. Ojciec stwarzał atmosferę miłości. Nigdy żadnego pośpiechu, niezależnie od tego, czy ktoś w porę, czy nie w porę do niego przyszedł. Miał wielki szacunek do człowieka, a także piękne spojrzenie na drugiego. Zawsze patrzył człowiekowi w oczy. Mnie się wydawało, że on wszystko o mnie wie, bo to spojrzenie przeszywało do głębi – wyznaje p. Urszula.
Czekoladki w Wielkim Poście
Reklama
Prymas na pierwszym miejscu po Bogu stawiał miłość bliźniego. Kiedyś w czasie wielkopostnego spotkania Instytutu, które odbywało się w podwarszawskich Laskach, dostał czekoladki. – Ojciec przyniósł pudełko i częstuje. Jedna wzięła, druga wzięła, trzecia nie, któraś schowała na później. A tej, co powiedziała: ja nie mogę, odpowiedział tak: wiesz, dziecko, to nie tak. Bo ja wiem, że ty sobie ślubowałaś w Wielkim Poście nie jeść słodkiego. Ale jak ojciec częstuje, to ważniejsza jest miłość bliźniego i żeby nie zrobić przykrości niż twoje posty – opowiada Anna Rastawicka, która przez 12 lat pracowała w Sekretariacie Prymasa Polski.
Kardynał Wyszyński troszczył się także o wakacyjny wypoczynek dzieci z ubogich rodzin. Fundował im wyjazdy, pomagał materialnie, gdy dostrzegał biedę. – O tym nie mówi się dużo, ale Ojciec wielu ubogim rodzinom zapłacił za niezbędne meble, wyposażenie mieszkań, a nawet ubrania. Świadczył miłosierdzie wobec potrzebujących ludzi, których w powojennej Polsce było bardzo wielu – wspomina p. Szajer.
Wdzięczność i prostota
Prymas Tysiąclecia był również człowiekiem wdzięczności. – Umiał za wszystko dziękować i doceniać pracę innych. Zawsze po posiłku przychodził do kuchni, by podziękować. To była kultura wyniesiona z domu rodzinnego – zauważa p. Grzelak.
W kaplicy w Choszczówce prymas często siadał także do konfesjonału. Pewnego dnia kapłan, który odprawiał w tym czasie Mszę św. i miał głosić homilię, tak się zestresował obecnością prymasa, że bał się, iż nie będzie w stanie wygłosić kazania. Kardynał Wyszyński jednak po Ewangelii dyskretnie opuścił konfesjonał, aby nie stresować tego księdza.
Reklama
– Ojciec każdego traktował jak dziecko Boże. Człowiek po kontakcie z prymasem nie odczuwał żadnego lęku. Nawet gdy dzieci przychodziły nieraz do Choszczówki, żeby się z nim spotkać, to siadał z nimi na podłodze i rozmawiał. To była jego prostota, a zarazem świętość – mówi p. Urszula i zauważa: – Chociaż studiowałam na ATK, studia nie dały mi tyle, ile spotkania i rozmowy z prymasem.
Kochał przyrodę
Kardynał Wyszyński był również wspaniałym obserwatorem świata przyrody. Dostrzegał go, umiał go podziwiać, radować się nim i dziękować Bogu za ten dar. Potrafił spostrzec i nazwać każdy kwiat. Widział w tym wielkość i miłość Boga Stwórcy. – Prosił, aby nie zrywać kwiatów w ogrodzie, by mogły wychwalać Boga swoim pięknem. Mówił, że taki ścięty kwiat to już trup. Najbardziej lubił te najmniejsze kwiatki rosnące w trawie, których z daleka nie było widać. Miał do nich największy sentyment, one najbardziej go cieszyły. Z wielką troską i uwagą starał się nie zdeptać żadnego kwiatka rosnącego w trawie, mówił: „Nawet w najmniejszym kwiatku Bóg objawił swoją miłość taką samą, nic nie mniejszą, jak wobec dużych, szlachetnych kwiatów, jak róża” – zwraca uwagę p. Urszula.
Przez Maryję
Każdy dzień kard. Wyszyński kończył modlitwą Apelu Jasnogórskiego. Przynosił wtedy to, co wydarzyło się w Kościele i ojczyźnie, spotkanych ludzi, ich problemy, i w duchu liturgii wszystko to oddawał Matce Bożej. – Kard. Wyszyński na koniec Apelu wszystkim błogosławił. Docierał do każdego człowieka, do każdej rodziny i błogosławił całemu narodowi – podkreśla p. Szajer i dodaje: – Wiedział doskonale, że to przez wstawiennictwo Maryi dzieją się w sercach Polaków największe i najpiękniejsze zwycięstwa.



